Festiwal Birofilia w Żywcu
17 czerwca nadszedł dzień, na który ostro się zgrzewaliśmy - Festiwal Birofilia w Żywcu. Cała impreza miała trwać dwa dni. Wiedzieliśmy, iż będzie można posmakować różnych piw świata, zmierzyć się z innymi piwowarami w konkursie czy zyskać jakieś szklanki do kolekcji. Na Konkurs Piw Domowych zgłosiliśmy dwa piwa - Kolońskie oraz Złote Mocne Belgijskie Ale, do którego misterna receptura powstawała tygodniami. Interesującą rzeczą w konkursie jest to, iż nawet gdy piwo było słabe, sędziowie wysyłają arkusz oceny. Także wiesz co poprawić jeżeli coś skiepścisz. Konkurs polega na tym, aby uwarzyć piwo w jednej z podanych sześciu kategorii. Dodatkowo ze zwycięzców każdej kategorii wybierany jest Grand Champion, czyli najlepsze piwo. Główną nagrodą co roku jest możliwość uwarzenia swojego piwa w Browarze Brackim w Cieszynie. Potem piwo można kupić w sklepach, zwykle debiutuje szóstego grudnia.
Główną atrakcją festiwalu była aleja piw świata, tj. namioty, na wyposażeniu których były trzy niezbędne rzeczy: nalewak z piwami, lodówka z piwami i człowiek do nalewania piwa. Wszystko kunsztownie przemyślane. W każdym z namiocików można było spróbować różnych rodzajów piw. I tak, był namiot ze Stoutami, Lambicami, piwami wędzonymi, Saisonami, piwami trapistów, koźlakami, piwami pszenicznymi, pilsnerami i wieloma innymi. Z braku klientów ludzie do nalewania najbardziej nudzili się przy pilsnerach i Stoutach. Za każdym razem, gdy przechodziliśmy obok kolesia od Stouta stał oparty o bar z założonymi rękoma i kontemplował uczciwie. Poza aleją w centralnym miejscu znajdował się wielki namiot, w którym swoje piwa wystawiali piwowarzy domowi. Festiwalowym zwyczajem za browary płaciło się żetonami, które wcześniej trzeba było zakupić za prawdziwe pieniądze. Piwo nalewane było do festiwalowych kufelków o pojemności 1/8 litra, które dostawało się przy rejestracji. Całe miejsce było otoczone Piwiarnią Żywiecką zarówno w wydaniu zamkniętym, jak i parasolkami na zewnątrz. Dodatkowo w wielu miejscach umieszczone były baniaki z wodą oraz kanistry z lejkiem. Procedura wyglądała następująco: kupujesz piwo, wąchasz, smakujesz, delektujesz, a gdy już go nie ma płuczesz kufelek w wodzie, którą wylewasz do kanistra. Co prawda niektórzy twierdzili, że kanistry służą do wylania piwa, które ci nie smakuje, ale nie widzieliśmy, aby ktokolwiek to robił. Dalej mieścił długi namiot - sklep, na którego ścianie ułożone zostały butelki różnych piw świata. Cieszył się on dużą popularnością, gdyż można było tam zakupić różne ciekawe piwa z całego świata w butelce i zabrać je do domu. Dalej znajdował się jeszcze jeden duży namiot przeznaczony na giełdę birofilów. Można było zakupić lub wymienić kapsle, podkładki, pokale, etykiety, puszki puste, puszki z przeterminowanym piwem, butelki z podobną zawartością i inne piwne gadżety. Zadziwił nas jeden koleś, który zawsze jak go widzieliśmy spał na swoich rzeczach, co nie przeszkadzało innym w nich buszować. Jak widać na festiwalu było dużo napitku, nie mogło zabraknąć też jadła. Obok namiotu birofilów mieścił się namiot z jedzeniem - kiełby, golonki, pierogi, kapucha, bigos i inne skwierczące rzeczy były na wyciągnięcie ręki. Ciekawe, iż za ściany oddzielające miejsca, gdzie nie można chodzić robiły wysokie ściany skrzynek po Żywcu.
Pierwsze czego musiałem spróbować to oczywiście Złote Mocne Belgijskie Ale. Niewiedza czy moje misterne piwo jest podobne do gatunku nie dawała mi spokoju. No i okazało się, że mój wyrób jest mocniejszy w smaku i jakoś tak szczególnie mocno czuć alkohol (wszak to prawie 8%). Niezrażeni tym probowaliśmy dalej: słodziutki Lambic, orzeźwiający Saison czy w namiocie piwowarów domowych Kentaki Podwójne Chmielone (pisownia oryginalna), jak sama nazwa wskazuje mocno chmielowe. Załapaliśmy się będąc w odpowiednim miejscu i czasie na zwiedzanie browaru. Generalnie słabe w porównaniu chociażby z Lechem i Tyskim. Przewodnik opowiadał historię, ale ja skupiłem się na piwowarach warzących piwo w gorącym pomieszczeniu z kadziami filtracyjnymi. Każdy sprzęt, który używali znałem z autopsji albo ze strony internetowej sprzedawcy, który sponsorował to zdarzenie. Uczestniczyliśmy też w pokazie palenia słodu, który wykorzystywany jest do warzenia Żywieckiego Portera. Dostaliśmy po kubku tego słodu i służył on nam jako przekąska, a w smaku przypominał kawę zbożową. Nie jest to przypadek, gdyż palone ziarna są jej składnikiem. Dodatkowo dostaliśmy do spróbowania wymienionego Portera. Mocno słodowy smak podbił na chwile nasze serca, ale wróciliśmy do alei piw i trzeba było otworzyć się na nowe smaki: Mleczny Stout, American Ale, Witbier, Russian Imperial Stout i całe mnóstwo innych. W sklepiku też zakupiłem różne piwa, których opis znajdował się w przewodniku otrzymanym przy rejestracji. I tak moim łupem padły m. in. rześki Saison, alkoholowy Eisbock i wędzony Rauchbier. Dodatkowo rzutem na taśmę udało mi się od pani Litiwnki zakupić pokal do piw belgijskich, w którym teraz degustuje swój misterny produkt.
PS. Nasze piwo Kolońskie zajęło czwarte miejsce w swojej kategorii. Niestety Złote nie dostało się do finału, do którego awansowało piętnaście piw tej kategorii. Misterna receptura nie pomogła. A konkurs wygrał syn pana od Kentaki, czekamy na jego piwo kolońskie.




